16 sierpnia 2015

Poszukiwanie pracy. Część 1

Dobrze wiedziałam, że kończąc studia będzie ciężko znaleźć pracę. Nie mówię już o pracy w zawodzie, bo to raczej nierealne, a jeśli jakieś szanse by były, to jak żyć za marne grosze, nie mieć życia prywatnego, opłacić wszystko i jeszcze najlepiej oszczędzić? Jednak cały mój światopogląd zmienił się znacząco. Pracę można znaleźć i to szybko. Pytanie tylko jaką i za ile.

Od miesiąca wysyłam swoje CV do różnych firm - nie tylko do tych, które oferują pracę, ale właściwie do wszystkich które znam w mojej okolicy. Obecnie w " Wysłanych" mam coś około 100 zgłoszeń (jednak niektóre się powtarzają), i co? Hmm.. Chciałoby się rzecz, że GÓWNO, jednak aż tak nie mogę powiedzieć. W pewnym sensie się poniżyłam, składając swój życiorys o wdzięcznej nazwie "Curriculum Vitae" do pracy w McDonaldzie czy jako sprzątaczka. Nie chodzi mi o to, że ta praca jest poniżająca, a osoby które się tym zajmują są jakimiś wyrzutkami. Wręcz przeciwnie - uważam, że takie zawody/miejsca pracy są przydatne. No bo przecież pracownik biurowy nie wytrze podłogi czy kurzy w miejscu pracy - nie od tego jest; a hamburgery same się nie wydadzą. Poza tym nie każdy nadaje się jako wykładowca na wyższej uczelni (choć niekiedy ma się wrażenie, że coś tu jest nie tak), a nie każdy potrafi 12 godzin stać przy taśmie produkcyjnej i wbijać jakieś guziczki.

Więc co miałam na myśli, pisząc że się poniżyłam? Głównie chodzi o to, że człowiek, który skończył studia (może nie z wyróżnieniem, ale czy to ważne?), męczył się dodatkowe 5 lat, zna - w moim przypadku - literaturę polską od podszewki, nasłuchał się o PR ze wszystkich stron - nieważne że informacje się bardzo dawno zdezaktualizowały, potrafi biegle władać łaciną (tak, tym wymarłym językiem, choć naukowcy się spierają o to czy aby na pewno jest wymarły) i potrafi wiele innych, nieprzydatnych rzeczy, ma pracować na umowę zlecenie/o dzieło lub nawet na stałe na produkcji, w hurtowni warzyw i owoców, czy w innym miejscu? Jeśli chciałabym właśnie tym się zajmować, to po jaką cholerę poszłam na studia? Wymęczyłam najpierw tytuł licencjata (?), potem magistra, starałam się z całych sił zrobić coś sensownego, wykształcić się?! Mogłam od razu po gimnazjum pójść do pracy, przynajmniej teraz miałabym doświadczenie zawodowe, przepracowane 8 lat (coś koło tego). Teraz pewnie niektórzy pomyślą sobie, że nikt nie kazał mi iść na studia bez przyszłości. Jednak cóż mam począć, że właśnie to mnie interesowało? Miałam na siłę uczyć się czegoś, czego nie rozumiem?! Jaki sens? Wydaje mi się, że życie jest za krótkie, żeby uczyć się czegoś, czego się nie lubi.
Ale nieważne. Żyjemy w takim kraju, gdzie za ciężką psychiczną i fizyczną pracę dostaje się marne grosze, a za siedzenie na czterech literach i popijanie kawki (mając perspektywę odejścia już na emeryturę i to nie małą) otrzymuje się wysokie zarobki i nadal się jęczy, jak to jest źle. Ale ja to ja. Jestem jeszcze młoda, zawsze mogę spakować swoje manatki, wyjechać gdzieś do pracy, zarobić tak dobrze, że po powrocie będzie mnie stać i mieć w nosie wszystko i wszystkich. Najbardziej żal mi tych, którzy nie będą mieć takiej możliwości. Mojej mamy, która w wieku 50 lat straciła pracę i musi "zasuwać" na produkcji nawet nie w polskiej firmie. Żal mi przyjaciółki, która z chęcią opiekuje się starszymi, schorowanymi ludźmi, zarabiając nawet nie minimalną krajową, a przecież to praca fizyczna i przy okazji wpływa na psychikę. Szkoda mi mojej najlepszej koleżanki, która kolejny raz zaczęła staż i robi tam za popychadło. I super inteligentnego kumpla, który właśnie został bez pracy i nie wie co dalej będzie z jego życiem.
To wszystko wydaje się być nie "fer".

P.S. Zapomniałam dodać, że wysłałam mnóstwo zgłoszeń na stanowisko pracownik biurowy i kilka na produkcję, gdzieś jako kelnerka, sprzedawca, sprzątaczka. Zgadnijcie skąd się odezwali.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz